Marketingowe doświadczenie zakupowe: czego nie lubię w sklepach, jako osoba, siedząca w marketingu?

Wyprzedaże, nadmiar dekoracji świątecznych, intensywny marketing świąteczny,

Idąc na zakupy, idę tam jako prywatna osoba. Trudno jednak, siedząc głęboko w marketingu, nie zwracać uwagi na pewne aspekty… Takie zboczenie zawodowe, cóż. Dlatego tutaj postanowiłam podzielić się trzema kwestiami, które drażnią mnie z punktu widzenia marketingowca… i zwyczajnego klienta jednocześnie. Cóż to takiego?

Marki odzieżowe a greenwashing

Jakiś czas temu chciałam oddać trochę starych ubrań do recyklingu. Znalazłam na stronie internetowej jednej ze znanych firm informację o tym, że przyjmuje ona taką odzież i przekazuje do odpowiedniej fundacji. Biorę zatem wór i wybieram się do sklepu. Na miejscu dowiaduję się, że „nooo, była kiedyś taka akcja, ale teraz to ja nie wiem, teraz nie zbieramy”.

No dobra, wór w jedną rękę, smartfon w drugą – szukam dalej. Kolejny sklep w zasięgu chwali się tym samym. Ba, nawet bony zniżkowe oferuje za oddanie używanej odzieży. Wchodzę, pytam – panie wielkie oczy zrobiły i nie mają pojęcia o takiej akcji. Na wieść o tym, że jest jasna informacja na stronie firmy, słyszę „sprawdzimy, ale nic nie kojarzę takiego”.

Taka sama sytuacja spotkała mnie w kolejnym sklepie, który – jak poprzednie dwa – też deklarował proekologiczną działalność recyklingową. Wtedy odpuściłam. Trudno, będzie trzeba inaczej rozwiązać kwestię. Jednak pojawia się pytanie: po co ten cały greenwashing? Po co pisać o akcjach, które tak naprawdę nie mają miejsca? Żeby ładnie wyglądało na stronie internetowej, a firma była postrzegana jako eko, odpowiedzialna społecznie, itepe, itede…? Mało przekonujące… a rzeczone sklepy wpadły na moją listę tych, które wolę omijać.

12 piw w cenie 6… i tym podobne akcje

Nie powiem, że potępiam całkowicie alkohol, bo to by była hipokryzja. Ale jako marketingowiec i przede wszystkim jako CZŁOWIEK – potępiam propagowanie różnych rodzajów alkoholi aż na taką skalę.

Można się oszukiwać, że pewnie kupuje się te 12 piw na zapas, że 2 butelki wina to tak na zaś… Być może w przypadku niektórych, tak. A co z osobami, które codziennie potrzebują wypić te 3 piwka? Co w sytuacji, gdy ktoś nie wytrzyma bez winka przed snem? Ciężko uwierzyć, że „zapasowa” puszka w szafce lub dodatkowa butelka nie będzie kusić.

Dodatkowo na te wszystkie krzyczące kolorem etykietki z promocjami patrzą młodzi ludzie. Od wczesnych lat kodują sobie oni, że jak kupić piwo, to od razu kilka-kilkanaście sztuk. I tak, wiem – jak ktoś będzie chciał pić, to będzie pić. Ale czy powinniśmy przyczyniać się i pomagać mu w podtrzymywaniu nałogu? Jak to się ma do wszelkich akcji antyalkoholowych?

Uważam, że wszystko jest dla ludzi. Ale z umiarem… I jak dla mnie, 12 piw na regularnych promocjach nie ma już wiele wspólnego z tymże.

PS… Do akcji przedświątecznej ze znanym polskim aktorem nawet nie będę się odnosić, nie mam do tego słów.

Marketing świąteczny, czyli październikowe choinki i styczniowe jaja

W zeszłym roku w niektórych sklepach można było dostrzec dekoracje bożonarodzeniowe… w październiku. Tak, już wtedy. A w listopadzie wiele miejsc publicznych było już w pełni wystrojonych w choinki, światełka, łańcuchy, mikołaje. Z jednej strony, ładnie to wygląda i może wprawiać w świąteczny nastrój. Z drugiej – czy takie dekoracje nie „przejedzą” się za te 2 miesiące? Czy nie jest tak, że na same święta nie będą już tak cieszyć, bo przecież są wszędzie od wielu dni? W moim przypadku tak to właśnie niestety działa.

Ciekawa jestem, kiedy w tym roku w witrynach pojawią się pierwsze króliczki z sianka, kolorowe jajeczka i tekstylia w kurczaki. Bo trend bardzo wczesnego promowania okołoświątecznego konsumpcjonizmu nie dotyczy przecież tylko Bożego Narodzenia. To samo widzi się przed Wielkanocą, z okazji walentynek (a no tak, serduszka będą jeszcze przed zajączkami… może już są?!), halloween i wielu innych świąt czy zwyczajów. A to wszystko tak pięknie wygląda na wystawach, tak kusi… Marketing działa. Ale chyba do pewnego stopnia, bo wszystko w końcu się znudzi – tak myślę.

No, to ponarzekała i pomarudziła. Pewnie ktoś powiedziałby: to nie zwracaj na to uwagi… Niemniej jednak ciężko, skoro to stało się częścią naszej codzienności. Sądzę, że nie warto uciekać od pewnych tematów. Czy mówienie o nich coś da? Nie wiem, ale próbować można. A nuż będziemy obserwować zmiany w podejściu do niektórych aspektów marketingu?

Back to Top